rasgan
Administrator Pan na włościach

Wiek: 27 Dołączył: 22 Lut 2007 Posty: 195 Skąd: Mikołów
|
Wysłany: 2007-10-05, 09:19 Nightwish - Angel fall first
|
|
|
Angel Fall First to pierwsza płyta fińskiego zespołu. Wydana została w 1997 roku i jest chyba najlepszą płytą z całego dorobku Nightwish. Charakteryzuje się ostrymi, dobrze przesterowanymi gitarami, tworzącymi doskonały podkład dla głosu Traji i wspaniale synchronizującymi się z partiami granymi na klawiszach. Geniusz autora daje tutaj o sobie znać. Ciekawe jest również, dlaczego metal z północy jest zawsze tak cholernie symfoniczny i melodyjny. Nie mówię tutaj tylko o gotyku, ale również o black metalu i death metalu.
Angel Fall First jest najbardziej melodyjną i baśniową płytą zespołu. Genialne klawisze, o których już wspominałem, i dobrze zrobione partie gitarowe znakomicie oddają klimat każdego utworu. Słysząc słowa i muzykę, jednocześnie zamykam oczy i widzę to, co chciał mi przekazać autor. To jest po prostu piękne i fenomenalne uczucie, świadczące o klasie zespołu.
Na szczególną uwagę na płycie zasługuje kilka utworów. Pierwszym z nich jest Elvenpath, który bije w me ulubione dzwony. Opowiada o tęsknocie za fantazją, nie istniejącym świecie. W tekście usłyszeć możemy imiona sławnych bohaterów, a szybkie tempo utworu naprawdę pozwala popuścić wodze fantazji.
Piękna i Bestia to historia, którą doskonale znamy, ale opowiedziana w dość ciekawy sposób, bowiem przy użyciu gitary elektrycznej. Całkiem ciekawa interpretacja starej baśni.
Carpenter jest zaś utworem, który zmusza mnie do przemyśleń. Ten spokojny i cichy hymn sprawia, że przysiadam na chwilkę i zastanawiam się nad tym, co być powinno, i jak naprawdę jest.
Astral Romance to historia miłości. A Angel fall First jest powolną balladą mówiącą o tęsknocie i utracie bliskich nam osób, ujawniającą nam, jak krótki jest nasz czas na naukę, której i tak nie zrozumiemy. Od razu przypominam sobie słowa, które powiedziała mi Jagoda: Mędrzec jest mędrcem, bo wie, że kocha, a głupiec jest głupcem, bo myśli, że miłość zrozumiał. Nie wiem gdzie ona to usłyszała, ale zgadzam się z tym całkowicie.
Tutankhamen to utwór w klimatach Egiptu, zresztą jakże mogłoby być inaczej. Niespecjalnie przypadł mi do gustu, podobnie jak fantazje nimfomanki.
Reszta kawałków też nie jest już taka jak poprzednie, nie mają tej mocy, co wcześniejsze, ale doskonale pasują do płyty. Dopiero Pod Trubadurem i Powrót do morza znów sprawiają, że przechodzi mnie dreszcz, a ciało tak miło drży. Te dwa utwory znakomicie nadają się na sam koniec płyty. Świetnie się spisują jako zamykające całość. |
_________________ Szczęścia w mrokach... |
|